POD OPIEKĄ ŚW. JÓZEFA I ŚW. MICHAŁA ARCHANIOŁA
(Reguła III Zakonu św. Dominika od Pokuty)

Contemplare et contemplata aliis tradere

Veritas liberabit vos

wtorek, 6 marca 2018

Prawdziwa miłość bliźniego według św. Teresy od Dzieciątka Jezus



Św. Teresa od Dzieciątka Jezus - Dzieje duszy 10:

        W tym roku, moja droga Matko, Dobry Bóg udzielił mi łaski zrozumienia na czym polega miłość bliźniego; przedtem rozumiałam ją, to prawda, ale w sposób niedoskonały, nie zgłębiłam jeszcze tych słów Jezusa: "Drugie przykazanie jest PODOBNE pierwszemu: Będziesz miłował bliźniego twego jak siebie samego". Starałam się przede wszystkim kochać Boga, a miłując Go zrozumiałam, że trzeba, by miłość moja wyrażała się nie tylko słowami, bo: "Nie ci, którzy mówią: Panie, Panie! wejdą do królestwa Niebieskiego, ale ci, którzy czynią wolę Bożą". Wolę tę dawał mi Jezus poznać wiele razy, mogę powiedzieć, że prawie z każdej strony swej Ewangelii, ale podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy czuł, że serca uczniów płoną najgorętszą miłością ku Niemu, który dopiero co dał się im w niewypowiedzianej tajemnicy swej Eucharystii, ten słodki Zbawiciel chce im dać przykazanie nowe. Powiedział im z niewymowną tkliwością:

"Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, abyście tak, JAK JA WAS UMIŁOWAŁEM I WY WZAJEMNIE SIĘ MIŁOWALI. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali".

W jaki sposób Jezus miłował swych uczniów i dlaczego ich miłował? O! nie mogły Go pociągnąć ich zalety naturalne; nieskończona odległość dzieliła Go od nich. On był wiedzą, Wiekuistą Mądrością, oni byli biednymi grzesznikami, ludźmi prostymi i pełnymi przyziemnych myśli. Mimo to Jezus nazywa ich swymi przyjaciółmi, swymi braćmi. Chce, ażeby panowali z Nim razem w królestwie Jego Ojca i pragnie umrzeć na krzyżu, aby im to królestwo otworzyć, ponieważ sam powiedział: Nie ma większej miłości, jak dać swe życie za tych, których się miłuje.

Matko ukochana, rozważając te słowa Jezusa, zrozumiałam, jak niedoskonale kocham moje siostry, i spostrzegłam, że nie taką miłością kocha je Dobry Bóg. Ach! Teraz pojmuję, że doskonała miłość bliźniego polega na tym, by znosić błędy innych, nie dziwić się wcale ich słabościom, budować się nawet najdrobniejszymi aktami cnót, które u nich spostrzegamy. Przede wszystkim jednak zrozumiałem, że miłość bliźniego nie powinna pozostawać zamknięta w głębi serca. Nikt, powiedział Jezus, nie zapala pochodni, by ją wsadzić pod korzec, ale stawia ją na świeczniku, aby oświecała WSZYSTKICH, którzy są w domu.Zdaje mi się że ta pochodnia wyobraża miłość bliźniego, która winna oświecać, rozweselać, nie tylko moich najdroższych, ale WSZYSTKICH, którzy są w domu, nie wyłączając nikogo.

Kiedy Pan rozkazał swemu ludowi kochać bliźniego jak siebie samego, wtedy nie był jeszcze zstąpił na ziemię; wiedząc zaś dobrze, jak dalece człowiek kocha siebie samego, nie mógł nakazać swoim stworzeniom większej miłości bliźniego. Ale skoro Jezus dał swym apostołom przykazanie nowe, SWOJE WŁASNE PRZYKAZANIE, to — jak powie dalej — mają miłować bliźniego nie tylko jak siebie samych, lecz miłować tak, jak On, Jezus ich kocha, jak miłować będzie aż do skończenia wieków.

Ach! Panie, ja wiem, że Ty nie nakazujesz rzeczy niemożliwych, znasz lepiej ode mnie moją słabość, moją niedoskonałość, wiesz dobrze, że nigdy nie mogłabym kochać mych sióstr tak, jak Ty je kochasz, jeżeli Ty sam, o mój Jezu, nie będziesz ich kochał we mnie. Chcąc mi udzielić tej łaski, dałeś przykazanie nowe. O! jakże jest mi ono drogie, ponieważ daje mi pewność, że chcesz kochać we mnie tych wszystkich, których rozkazałeś mi miłować...

O tak, czuję to, że kiedy jestem miłosierna, wtedy Jezus sam działa we mnie;im mocniej jestem z Nim zjednoczona, tym bardziej kocham wszystkie moje siostry. Kiedy chcę spotęgować w sobie tę miłość, a szatan usiłuje podsunąć mi przed oczy duszy błędy tej lub tamtej siostry, dla mnie mniej sympatycznej, spieszę, by wynaleźć jej cnoty i dobre pragnienia; mówię sobie, że zobaczyłam tylko jeden jej upadek, a może odniosła ona wiele zwycięstw, które przez pokorę ukryła i że to, co zdaje się być błędem, może ze względu na intencje być aktem cnoty. Nietrudno mi siebie o tym przekonać, bo sama na sobie doświadczyłam, jak to nigdy nie można sądzić".

"Jest w zgromadzeniu siostra, która ma talent drażnienia mnie na każdym kroku; jej zachowanie, jej słowa, jej usposobienie wydają mi się bardzo nieprzyjemne. Tymczasem jest to święta zakonnica, która musi być bardzo mila Panu Bogu. Nie chcąc ulec naturalnej antypatii, jaką odczuwałam, powiedziałam sobie, że miłość bliźniego nie powinna opierać się na uczuciach, ale wyrażać się w czynach;postanowiłam więc postępować wobec tej siostry tak, jak postępowałabym względem najdroższej mi osoby. Za każdym razem, ilekroć ją spotkałam, wstawiałam się za nią do Pana Boga, ofiarując Mu jej cnoty i zasługi. Czułam doskonale, że jest to nader miłe Jezusowi, bo czyż jest artysta, który by nie był zadowolony, gdy chwalą jego dzieła? toteż Jezus, Artysta dusz, jest również szczęśliwy, kiedy nie zatrzymując się na tym co zewnętrzne, przenikamy aż do wewnętrznego sanktuarium, które wybrał sobie na mieszkanie, podziwiając jego piękno. Nie poprzestawałam na tym, by modlić się wiele za tę siostrę, która była mi powodem tylu walk, starałam się również oddawać jej wszelkie możliwe przysługi, a gdy miałam pokusę odpowiedzieć jej szorstko, starałam się uśmiechnąć najmilej i zmienić temat rozmowy. Naśladowanie bowiem mówi: Raczej każdego pozostawić przy swoim zdaniu, niż wdawać się w kłótliwe sprzeczki".
 
"Często też, jeśli nie było to na rekreacji (mówię o godzinach pracy), a miałam coś do załatwienia z tą siostrą, kiedy moje zmagania były zbyt gwałtowne, uciekałam jak dezerter. Ponieważ ona zupełnie nie domyślała się moich uczuć względem niej, dlatego też nie podejrzewała pobudek mego postępowania i trwała w przekonaniu, że jej charakter bardzo mi się podoba. Pewnego dnia podczas rekreacji powiedziała mi z miną bardzo zadowoloną te mniej więcej słowa: "Powiedz mi S. T. od Dz. Jezus, co cię tak do mnie pociąga, bo za każdym razem kiedy na mnie spojrzysz, widzę, że się uśmiechasz?"Co mnie pociągało, to Jezus ukryty w głębi jej duszy... Jezus, który czyni słodkimi rzeczy najbardziej gorzkie... Odpowiedziałam jej, że się uśmiecham, ponieważ cieszę się widząc ją (nie dodałam naturalnie, że to ze względu widzenia duchowego)".
--------------------------------------------------------------------------------------------------

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus - Dzieje duszy 11:
 
"Każdego wieczoru, gdy tylko spostrzegłam, że moja S. od św. Piotra potrząsa klepsydrą, wiedziałam, że chce mi przez to powiedzieć: ruszamy w drogę! Nie do uwierzenia, ile mnie kosztowało ruszyć się z miejsca, zwłaszcza na początku,jednak czyniłam to natychmiast, po czym rozpoczynała się cała ceremonia. Należało ją podnieść i przesunąć ławkę w pewien określony sposób, przede wszystkim niezbyt pospiesznie, w końcu ruszałyśmy w drogę. Trzeba było iść za biedną chorą podtrzymując ją za pasek: robiłam to jak tylko mogłam najostrożniej; jeżeli jednak, na nieszczęście, potknęła się, zaraz zdawało się jej, że trzymam ją źle, że upadnie. — ,,O mój Boże! siostra idzie za szybko, siostra mnie porozbija". Jeżeli próbowałam iść jeszcze ostrożniej — "Ależ niech mnie siostra trzyma, nie czuję twej ręki, puści mnie siostra, upadnę; ach! miałam rację mówiąc, że jest siostra za młoda, by mnie prowadzić". W końcu bez dalszych przygód docierałyśmy do refektarza. Tam powstawały nowe trudności; trzeba było posadzić S. od św. Piotra tak zręcznie, by jej nie urazić, następnie należało zawinąć jej rękawy (także w pewien określony sposób); potem byłam wolna i mogłam się oddalić. Swymi biednymi, zniekształconymi rękami przygotowywała sobie, jak umiała, chleb na miseczce. Wkrótce to spostrzegłam i każdego wieczoru, zanim odeszłam, oddawałam jej jeszcze i tę przysługę. Ponieważ nie prosiła mnie o to, była wzruszona, że sama zauważyłam. I tak to niechcący zyskałam wkrótce jej łaski, przede wszystkim tym (jak się później dowiedziałam), że ukroiwszy jej chleb,darzyłam ją przed odejściem moim najpiękniejszym uśmiechem".

--------------------------------------------------------------------------------------------------
 
"Nie zawsze z takim rozradowaniem praktykowałam miłość bliźniego, na początku jednak mego zakonnego życia Jezus dał mi odczuć, jak słodko jest widzieć Go w duszach Jego oblubienic; toteż prowadziłam S. od św. Piotra z taką miłością, że nie byłabym w stanie zrobić tego lepiej, gdyby mi przyszło prowadzi; samego Jezusa. Praktykowanie miłości bliźniego — jak Ci o tym, droga Matko, dopiero co wspomniałam — nie zawsze przychodziło mi łatwo; na dowód tego opowiem Ci o różnych zmaganiach, z których będziesz się śmiała. Przez długi czas podczas wieczornego rozmyślania zajmowałam miejsce (28) przed siostrą, która miała zabawne przyzwyczajenie, a jak sądzę... również wiele światła, ponieważ bardzo rzadko posługiwała się książką. Oto co spostrzegłam: Siostra ta, gdy tylko weszła, natychmiast zaczynała robić dziwny szmer, jakby ocierała wzajemnie dwie muszelki. Tylko ja jedna zwróciłam na to uwagę, bo słuch mam nadzwyczaj ostry (nieraz aż za bardzo). Nie jestem w stanie wyrazić, moja Matko, jak mnie ten nieznaczny hałas męczył. Miałam wielką ochotę odwrócić głowę i spojrzeć na winną, która na pewno nie zdawała sobie sprawy ze swego nawyku; nie było innego sposobu, by jej to uświadomić. W głębi serca czułam jednak, że lepiej będzie znieść to z miłości ku Bogu i nie robić przykrości siostrze. Trwałam więc spokojnie, usiłując jednoczyć się z Panem Bogiem i zapomnieć o cichym szmerze...wszystko na darmo. Czułam, że pot mnie oblewa i byłam zmuszona odprawiać jedynie modlitwę polegającą na znoszeniu tego cierpienia; pogrążona w udręce szukałam jednak sposobu, by czynić to bez irytacji, ale z radością i pokojem, przynajmniej wewnątrz duszy. Starałam się więc pokochać ten drażniący szelest i zamiast czynić wysiłki, by go nie słyszeć (co było rzeczą niemożliwą), słuchałam go z pełną uwagą, jakby to był zachwycający koncert, i całe moje rozmyślanie (a nie była to bynajmniej modlitwa odpocznienia) upływało na ofiarowywaniu Jezusowi tego koncertu".
 
"Innym razem znalazłam się w pralni naprzeciw siostry, która, ilekroć podnosiła chustki na swojej ławce, opryskiwała mi twarz brudną wodą. Zrazu odruchowo chciałam się cofnąć i otrzeć twarz, a tym samym zwrócić uwagę siostrze, która mnie kropiła, najspokojniej w świecie oddając mi tę przysługę. Zaraz jednak przyszło mi na myśl, że postąpiłabym bardzo niemądrze, gdybym odrzuciła skarby, tak wspaniałomyślnie mi ofiarowane i bardzo uważałam, by nie dać poznać po sobie wewnętrznych zmagań. Usiłowałam obudzić w sobie pragnienie, by mnie jak najobficiej oblewano brudną wodą, i doszłam do tego, że w końcu rzeczywiście polubiłam ten nowy rodzaj pokropienia i przyrzekłam sobie, że na drugi raz wrócę na to uprzywilejowane miejsce, gdzie można otrzymać tyle skarbów".